Wróżka Aniszka
Czytanie Kart Metaforycznych

Nieletnie matki i ich dzieci w młodzieżowych ośrodkach wychowawczych


Już na pierwszy rzut oka przyglądając się sytuacji nieletnich matek, czyli bardzo młodych kobiet w wieku 13-18 lat, zdajemy sobie sprawę, że nie są to jeszcze osoby dojrzałe do sprawowania samodzielnej rodzicielskiej opieki nad swoim dzieckiem.

Niejednokrotnie także ojcem ich dziecka jest też osoba nieletnia.

Większość osób w tym wieku chodzi w naszym kraju jeszcze do szkoły, mając na głowie naukę i dopiero uczy się odnajdować w życiu społecznym.

W tej sytuacji część rodzin biologicznych tych osób przejmuje odpowiedzialność za markę i dziecko, ale też nie zawsze jest to możliwe.

Sytuację komplikuje fakt, gdy matka złamała prawo i została umieszczona w ośrodku wychowawczym.

W tym rozdziale pozwolę sobie prześledzić chronologicznie swoją styczność z tym tematem na przestrzeni minionych kilkudziesięciu lat, czyli od czasów, gdy byłam dzieckiem , potem nastolatką, przez czas gdy jako dorosła już osoba przygotowywałam się do adopcji dzieci, w czasie adopcji, potem w czasie współpracy z rodzinami przez kilka lat istnienia klubu rodzin adopcyjnych zastępczych

i zaprzyjaźnionych jako współprowadzącą ten klub aż do teraz, gdy skończyłam już pięćdziesiąt lat i oprócz styczności z własnymi dziećmi mam już głównie styczność z moimi dziecięcymi kursantami w domu kultury, z którym współpracuję.

Mam nadzieję, że ta opowieść uzmysłowi czytelnikom zmiany jakie jako Polacy przechodzimy jeśli chodzi o naszą mentalność i podejście do tych spraw na przestrzeni końca dwudziestego i początku dwudziestego pierwszego wieku oraz wyzwania, które wciąż jeszcze przed nami jako polskim społeczeństwem, jako członkami naszych rodzin i jako indywidualnymi ludźmi stoją.

Dla podkreślania zauważanych wyzwań i problemów, pozwolę sobie wydzielać je z całości wypowiedzi.

Urodziłam się w 1973 roku w Warszawie i jak większość znajomych rówieśników od czasów początku szkoły podstawowej jeździłam latem na kolonie.

Już wtedy zwróciłam uwagę na dzieci, które w wyraźmy sposób różniły się od reszty. Tym dzieciom towarzyszyło poczucie wstydu, poczucie zakłopotania, czasem poczucie strachu. Były to na przykład dzieci z domu dziecka, które też czasem jeździły na te kolonie.Kwestia braku codziennego dostępu do mamy, którą im wyrzucano, skłoniła mnie wtedy do zastanowienia się nad moją własną relacją z moją mamą.

Posiadanie pijącego rodzica z kolei wydawało się w tamtych czasach nieco mniejszym powodem do wstydu niż teraz prawdopodobnie z tego powodu, że więcej Polaków zmagalo się wtedy z nadużywaniem akllkoholu.

Z kolei kwestia rozwodów w rodzinach była wtedy dużo bardziej wstydliwa niż teraz, dlatego zapewne, że dużo mniej par małżeńskich się wtedy rozwodzilo ( dla porównania, gdy chodziłam do szkoły podstawowej w naszej klasie tylko jedno dziecko miało rozwiedzionych rodziców, a w klasach syna i córki takich dzieci jest już kilkoro – kilkanaścioro ( nie wspominając tych, których rodzice żyją w związkach nieformalnych ).

Książki i filmy były tym co jak w przypadku moich koleżanek i kolegów znacznie otwierały nam wtedy głowy na losy osieroconych dzieci. Dziś dzieci często mniej lubią czytać niż kiedyś, ale lubią za to oglądać filmy, a książki te doczekały się często więcej niż jedna adaptacji filmowych warto więc wybrać którąś z nich i podsunąć ją związanemu z nami dziecku.

Takie książki jak 'Awantura o Basię’ czy 'Szaleństwa panny Ewy’ Kornela Makuszyńskiego, 'Pippi Pończoszanka’ Astrid Lindgren,

Ania z 'Ani z Zielonego Wzgórza’ Lucy Maud Montgomery ( a potem całą seria 'Ań’, ukazująca dalszy ciąg losów osieroconej przez rodziców i wychowanej w zastępczej rodzinie bohaterki ), Mary z 'Tajemniczego ogrodu’ Frances Hodgson Burnett, czy 'Annie’ Thomasa Methana oraz ’ Little orphan Annie’ – komiks z 1924 roku autorstwa Harolda Graya, który został zaadaptowany na scenę Broadwayu i odniósł rekord będąc wystawiany przy pełnej sali prawie sześć lat – i zaowocował też potem musicalem pod tym samym tytułem – to historie dzieci, które w dodatku dobrze się skończyły, w przeciwieństwie do kilku pięknych, ale smutnych baśni Andersena, który też zajmował się tymi tematami. Dostęp i do jednych i do drugich uzmysławiał nam – dzieciom, że wprawdzie jedni mają w życiu więcej szczęścia niż inni, ale i tak warto o swój lepszy los spróbować jakoś z głową zawalczyć, będąc aktywnym, niż pasywnie i w milczeniu znosić związane z różnymi trudnymi sytuacjami cierpienie i poczucie samotności.

Pamiętam jak czytając książki o tej tematyce i oglądając filmy zastanawiałam się czy dużo dzieci będących w podobnej sytuacji jak książkowi, czy filmowi bohaterowie też ma do nich dostęp i co czuje, czytając lub oglądając znane sobie sprawy?

Miałam się okazję po latach o tym przekonać, do czego jeszcze wrócę w dalszym ciągu tej historii.

Kolejnym wydarzeniem związanym z interesującym nas tematem było w mojej rodzinie zaadoptowanie przez wujostwo kilkutygodniowego chłopczyka.

Rodzinna tajemnica i jej konsekwencje

Były to lata osiemdziesiąte i adopcyjny ośrodek zalecił ciotce symulowanie wobec sąsiadów, że dziecko jest jej własnym, tak więc chodziła nawet z brzuchem, na którym umieszczała, mocując pod sukienką jasiek ( takie to były czasy )…

Długo też wtedy ukrywano w rodzinie fakt, że za brakiem potomstwa u wujostwa stoi bezpłodność wuja.

Dowiedziałam się o tym dopiero jako dorosła osoba.

Kiedy nowy malenki chłopczyk zawitał w domu wujostwa, poproszono też nas, byśmy nie ujawniali mu jego prawdziwego pochodzenia. Podkreslę ponownie, że takie panowały wtedy, w latach 80. w naszym kraju praktyki i standardy, o których niesłuszności mieliśmy się jako rodzina wkrótce przekonać.

Minęło kilka miesięcy i i naszego małego kuzynka z odkryto rzadką chorobę krwi.

Badania powtarzano Kilkukrotnie. Wyniki były tak złe, że dziecku groziła transfuzja, do której potrzebna była krew jego biologicznych krewnych.

Nigdy ostatecznie do niej nie doszlo natomiast za każdym razem przy tej alarmującej sytuacji pojawiała się perspektywa kontaktu z rodziną biologiczną dziecka i pytanie co będzie, jeśli odmówią?

Po kilku latach rodzice kuzynka rozwiedli się, co dla dziecka było bardzo trudnym doświadczeniem.

Najprawdopodobniej jeden z siąsiadów zasugerował mu, że jest adoptowany i wtedy chłopiec przeprowadził rozmowę z rodziną – wszyscy zaprzeczyli utwierdzając go w nieprawdzie – a przy tym szanując wolę jego rodziców. Zdałam sobie wtedy sprawę, że mojemu kuzynowi odebrano w ten sposób prawo do wiedzy o jego prawdziwej tożsamości. Uświadomienie sobie tego faktu spowodowało, że stałam w przyszłości się orędowniczką życia w prawdzie, jaka by ona nie była ( choć oczywiście informacje powinny być dzieciom zawsze przekazywane delikatnie, natomiast nie zmienia to faktu, że powinny znać prawdę ).

Drugą sprawą, która wtedy mnie poruszała, była pełna bólu twarz mojego młodego kuzyna. Za każdym razem, gdy słyszał, jak po rozwodzie jego rodziców mama źle mówi o jego tacie. Zrozumiałam wtedy jak ważne jest, by dziecko miało, w miarę możliwości,

pozytywny obraz obojga rodziców ( niezależnie jaką pójdą drogą ) bo dzięki temu dziecko nie zaczyna kwestionować wartości samego siebie, ulepionego w jakimś sensie z obojga opiekunów ( niezależnie czy mówimy o rodzicach biologicznych czy niespokrewnionych ).

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, postanowiłam zdobyć kwalifikacje uprawniające do zostania kolonijnym wychowawcą. Po otrzymaniu ich, przez kolejnych osiem lat wyjeżdżałam po kilka razy w roku z dziećmi na kolonie i ferie.

To na tych wyjazdach zorientowałam się, że czasem z dziećmi spoza swojej rodziny rozumiem się lepiej niż z tymi z rodziny. Którego roku obiecałam sobie, że kiedyś zaadoptuję dziecko.

Tymczasem moja osiem nastoletnia koleżanka została mamą. Będąc jeszcze w ciąży szybko wyszła za mąż. Jej mąż mało pomagał przy dziecku, natomiast bardzo w opiekę nad wnuczką zaangażowała się jej mama. Zaczęłyśmy wraz z koleżankami omawiać ten przypadek. Zauważyliśmy, że u nas w naszej części warszawskiego górnego Mokotowa młodocianych matek jest niewiele, natomiast w drugiej stronie Wisły, na Pradze, bylo ich już całkiem sporo. Pamiętam, jak się zastanawiałyśmy, czy chodzi tu o różnicę w wiedzy o antykoncepcji, czy o świadomy wybór innego stylu życia?

Po latach trafiłam na świetną książkę Ewy Nowak pod tytułem 'Moja Ananke’, która przybliża wyzwania z którymi wiąże się w naszym kraju zostanie młodocianą matką.

Myślę nawet, że możnaby ją dołączyć do kanonu lektur.

Mijały lata aż wyszłam za mąż. Po ślubie okazało się, że nie możemy mieć z mężem własnych dzieci. Powód był ten sam, co u wujostwa, ale że czasy się zmieniły. Postanowiliśmy z mężem nie robić z tego tajemnicy, tym bardziej, że problem ten występował już w naszym otoczeniu coraz częściej.

Zdecydowaliśmy się wówczas na adopcję. Dla mnie był to powrót do planu sprzed lat. Mężowi dojrzewanie do tej decyzji zajęło nieco więcej czasu.

Oboje naszych, w momencie adopcji, paromiesiecznych dzieci, które pojawiły się w naszym życiu, jedno cztery lata po drugim, kiedy już otrzymaliśmy po kursie w adopcyjnym ośrodku uprawnienia na adopcyjnych rodziców, przeszło przez preadopcyjny ośrodek w podwarszawskim Otwocku, gdzie zostały przewiezione zaraz po urodzeniu.

Ich biologiczne mamy, pochodzące z dwóch różnych rodzin, zaraz po porodzie zadeklarowały, że planują oddać swoje dzieci do adopcji, ale zgodnie z prawem nie mogły tego zrobić od razu, tylko po minimum sześciu tygodniach.

W obu przypadkach sprawy się jednak dodatkowo przeciągnęły, gdyż w przypadku synka jego biologiczna mama potrzebowała jednak więcej czasu zanim podjęła tę trudną decyzję, a w przypadku córeczki wpisany jako ojciec dziecka mąż matki podważył swoje ojcostwo, w związku z czym trzeba było to sprawdzić za pomocą testu na ojcostwo.

Kiedy test faktycznie zaprzeczył jakoby to on był ojcem, matka wskazała rzeczywistego ojca, który z kolei wraz z nią zrzekł się przynależnym im praw rodzicielskich do ich dziecka.

W obu przypadkach okazało się, że nasze adoptowane później dzieci mają o kilka lat starsze siostry, wychowywane przez biologiczne babcie, które zostały ich zastępczymi rodzinami.

Po telefonach z ośrodka adopcyjnego, pod którego opieką z mężem byliśmy, w przypadku obojga zaproponowanych nam do adopcji maluchów od razu wyraziliśmy gotowość adopcji.

Wiązało się to najpierw z wizytą w towarzystwie pracownika ośrodka w Otwocku, gdzie w przyszpitalnym skrzydle do dziś działa preadopcyjny oddział, zapewniający opiekę dwudziestu kilkorgu maluchom. To tam poznałam kilka młodocianych biologicznych mam, które w okresie, gdy mijało sześć tygodni, odkąd urodziły dziecko, borykały się z decyzją, czy potwierdzic swoją pierwotną gotowość przekazania swojego dziecka jakiejś adopcyjnej rodzinie. Dziewczynom tym groziło wyrzucenie z rodzinnych domów, gdyby pojawiły się w nich z dzieckiem (tak im oświadczyli ich rodzice ), nie miały dostępu do domów samotnej matki. Rodziny wywierały na nich presję, ojcowie dzieci tych poznanych kobiet gdzieś się ulotnili, szkoła i związane z nią obowiązki nie mogły za długo czekać – ostatecznie więc dziewczyny te zrzekly się swoich rodzicielskich praw i pokornie i w poczuciu winy, że sprawiły swoim rodzinom kłopot i przysporzyły rodzicom i sobie powodów do wstydu, wróciły same do rodzinnych domów.

Podobnie było i z mamami naszych przyszłych dzieciaczków, ich jednak nie miałam okazji poznać.

Zanim doszło do sprawy w sądzie w czasie której otrzymaliśmy z mężem prawa rodzicielskie, jeździliśmy do dzieci do Otwocka. Po kilku tygodniach odbyła się sprawa.

Dzieciom został zmieniony nawet wcześniej czyli zaraz po urodzeniu nadany PESEL, a także imiona i nazwiska na te wskazane przez nas czyli ich nowych adopcyjnych rodziców.

Przez pierwsze miesiące po adopcji obojga dzieci myślałam nie raz o ich biologicznych mamach, próbując sobie wyobrazić jak to by było być ma ich miejscu.

I o ile inne inne biologiczne mamy zostawiały list do swojego dziecka, 'nasze’ mamy tego nie zrobimy nie mieliśmy zatem żadnego oprócz dziecka innego materialnego dowodu ich istnienia. Niemniej jednak czuliśmy wdzięczność, że powierzyły nam na wychowanie swoje dzieci. Słowa 'swoje’, 'ich’ czy 'nasze’ też nabrały wtedy innego wymiaru. Uświadomiliśmy sobie wtedy, że dzieci nie są niczyją własnością, są powierzone nam na wychowanie, i że ten przywilej będący odpowiedzią na naszą potrzebę powinien być przez nas traktowany z szacunkiem i wdzięcznością właśnie.

Po adopcji synka a przez adopcją córeczki ośrodek adopcyjny zaproponował mi utworzenie i poprowadzenie wraz z pracownikiem ośrodka i innymi chętnymi adopcyjnymi rodzinami klubu rodzin adopcyjnych, zastępczych i zaprzyjaźnionych.

Zgodziłam się. Niedługo potem okazało się, że był strzał w dziesiątkę i dla naszych adoptowanych bądź przebywających w zastępczych rodzinach dzieci i dla nas, jako ich dorosłych opiekunów.

Okazało się że takiego miejsca naprawdę brakowało.

Do momentu adopcji para przyszłych adopcyjnych rodziców może się zwrócić do swoich adopcyjnych ośrodków po wsparcie. Ośrodek nie tylko przygotowuje I prowadzi warsztaty z rodzicielskich umiejętności, ale na przykład pomaga napisać pismo do sądu w którym przyszli adopcyjni rodzice zobowiązują się, że będą wychowywać swoje adoptowane dziecko w jawności jego biologicznej tożsamości. Natomiast kiedy dziecko jest już zaadoptowane to po paru wizytach kontrolnych pracowników ośrodka sprawdzających, czy więź między obiema stronami nawiązuje się prawidłowo – rodzice uczą się samodzielnie sprawować opiekę nad dzieckiem. I o ile są w stanie zapewnić dziecku odpowiednią opiekę lekarską o tyle psychologiczne wsparcie związane z procesem adopcji był tą luką, którą wypełnił klub.

Dzięki klubowi dzieci miały więc stworzone środowisko i miejsce gdzie miały styczności z innymi rodzinami będącymi w analogicznej sytuacji.

Dla klubowych dzieci było więc naturalne, że inne dzieci też były adoptowane im czy że nie są zbyt podobne z wyglądu do swoich adopcyjnych rodziców.

Zapraszane na klubowe spotkania specjalistki – psycholożki, pedagozki, nauczycielki czy prawniczki dzieliły się z rodzinami swoją wiedzą i doświadczeniami z pracy z podobnymi naszym rodzinami.

Część klubowych działań realizowaliśmy pozamiejscowo a zatem poza przyznawanymi nam na klubowe spotkania warszawskimi socjoterapeutycznymi świetlicami TPD.

Wybieraliśmy się do zoo lub na wystawy do muzeów i galerii, do kin i teatrów wzięliśmy też udział w grupowej terapii adopcyjnych rodziców którą poprowadziła doświadczona psycholożka, będąca również adopcyjną mamą.

W jednym roku zbieraliśmy na piśmie nasze adopcyjne historie, w innym wydawaliśmy napisane przez nasze dzieci oraz rodziców adopcyjne bajki, w jeszcze innym przygotowaliśmy i wystawialiśmy jeżdżąc potem po różnych krajowych adopcyjnych ośrodkach powiązanych z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci, adaptację 'Awantury o Basię’ Kornela Makuszyńskiego, w której to adaptacji wystąpiły na scenie zarówno nasze klubowe dzieci jak i my, dorośli.

Inauguracyjne przedstawienie odbyło się jednak na corocznym klubowym majowym pikniku w plenerze.

Ważną inicjatywą klubu była też akcja którą nazwaliśmy Otwarte Drzwi.

Otóż z uwagi na rosnące zainteresowanie adopcją w naszym kraju przez kilka lat co miesiąc spotykaliśmy się jako przedstawiciele klubu na terenie adopcyjnego ośrodka z rozważającymi adopcję tak małżeńskimi parami, jak i przyszłymi samotnymi adopcyjnymi mamami ( gdyż od kilkunastu lat także singielki, o ile mają odpowiednie wsparcie rodzinno-przyjacielskie mogą się w naszym kraju ubiegać o zostanie adopcyjnym rodzicem ).

Na te spotkania zapraszaliśmy dwoje różnych ( czyli nie z tej samej rodziny ) adopcyjnych rodziców i dorosłą adoptowaną osobę ( która przedstawiała wszystkim przybyłym kwestie adopcji ze swojej perspektywy ).

Były to dla wszystkich bardzo pouczające spotkania.

Matki adopcyjne opowiadały na nich o czasach przed adopcją gdy jeszcze się starały o własne biologiczne potomstwo, o leczeniu hormonalnym, o poronieniach, o związanych z tymi staraniami swoich depresyjnych stanach.

Okazywało się, że niejednokrotnie musiały po zakończeniu tych prób pogodzić się z porażką w staraniach o powiększenie swojej rodziny w sposób naturalny i odbywały różne psychologiczne terapie.

Dopiero po ich zakończeniu były gotowe podjąć kroki prowadzące do adopcji dziecka z innym od swojego genetycznym materiałem, nie traktując je jako kogoś, kto ma wypełnić pustkę po niedoszłym w jakimś sensie 'lepszym’ poprzedniku.

To na Otwartych Drzwiach okazywało się ze nie tak rzadko to przyszłemu adopcyjnemu ojcu wręcz bardziej zależy na adopcji niż jego żonie.

Zdarzały się, na szczęście sporadycznie, i opowieści o na ogół już prawie dorosłych dzieciach, z których adopcji rodziny się wycofywały – z przyczyn ich zaburzeń psychicznych na przykład.

Dorosłe adoptowane osoby opowiadały o częstych przypadkach nadopiekuńczości adopcyjnych matek i o tym, o dość częstych problemach z więzią i o tym jak w wieku osiemnastu lat decydowały się by zgodnie z prawem poszukać kontaktu ze swoją

biologiczną rodziną.

Udawały się wówczas do adopcyjnego ośrodka z prośbą o skontaktowanie ich z ich biologiczną mamą.

Ośrodek sięgał wtedy po utajnione do czasu pełnoletniości adoptowanego dziecka dane jego biologicznej rodziny i pośredniczył w tym kontakcie.

W kilkudziesięciu procentach przypadków spotykała je niestety odmowa kontaktu.

Biologiczne matki tłumaczyły że założyły w międzyczasie nowe rodziny i nie chcą, by ich trudna przeszłość wpłynęła w jakikolwiek sposób na ich obecną sytuację.

W przypadku gdy jednak godziły się na styczność, scenariusz na ogół wyglądał tak, że dziecko spotykało się z nimi raz ( lub maksymalnie kilka razy ), natomiast większa szansa nawiązania trwałego kontaktu była wtedy, gdy dzieci poznawały swoje biologiczne rodzeństwo i gdy nawiązywała się między nim sympatia i obie strony odkrywały w sobie chęć kontaktu.

W tym przypadku próba nawiązania po latach braku styczności kontaktu nie była obciążona poczuciem opuszczenia i odrzucania.

Działania adopcyjnego klubu które spotkały się z największym zainteresowaniem

adopcyjnych rodzin

– Spotkanie z psychologiem dotyczące WIĘZI

Na spotkaniu tym była na początku mowa o trzech typach więzi społecznych:

– naturalnych – związanych np.ze wspólnym pochodzeniem jakim jest rodzina czy wspólny obszar językowy czy kulturowy

– zrzeszeniowych – tworzonych dzięki dobrowolnemu przystąpieniu do bliskiej sercu danej osoby organizacji, stowarzyszenia, związku

– stanowionych – narzucanych z zewnątrz lub ustanawianych siłą np. więzienie

Następnie rodziny przyjrzały się więziom społecznych, w które są zaangażowane i jako rodzinne grupy i jako jednostki

Kolejnym obszarem, któremu się przyjrzelismy było jedenaście typów więzi występujących w rodzinie:

– ekonomicznej

– opiekuńczej

– grupy krwi

– seksualnej

– kontrolnej

– tożsamości warstwowej ( stratyfikacyjna )

– socjalizacyjno-wychowawczej

– kulturalnej

– tożsamości religijnej

– towarzyskiej

– emocjonalno-ekspresyjnej

Bardzo ciekawe wydało się klubowiczom zagadnienie nazywane stylami przywiązania.

Okazało się, że najlepszym stylem jest bezpieczny styl, w którym rodzice w empatyczny, pełen szacunku i wrażliwości sposób odpowiadają na potrzeby dziecka.

Dziecko dostaje w tym stylu bliskość i ukojenie wtedy kiedy ich potrzebuje.

Opiekun jest w tym stylu bazą i bezpieczną reprezentacją, zwaną też kotwicą.

Osoby które w dzieciństwie wykształciły ten rodzaj relacji z opiekunami, cieszą się w dorosłości satysfakcjonującymi relacjami interpersonalnymi zawieranymi ze swoim otoczeniem.

Cechuje się ufność w relacjach z oboma płciami, umieją się szczerze zwierzać z tego, co się z nimi dzieje i prosić o pomoc, gdy poczują taką potrzebę.

Relacje zależności nie są im straszne, nie boją się ani o to, że zostaną skrzywdzone, opuszczone czy porzucone, ani, że się z drugą osobą zleją, tracąc tożsamość.

W tym stylu obie osoby lubią się angażować w relację i dzielić z drugą osobą życie jako partnerzy czy przyjaźń jako bratnie dusze.

Osoby te deklarują poczucie szczęścia i wspólnoty oraz elastyczność, zachowując przy tym odrębne ja.

Uświadamianie przyszłym rodzicom adopcyjnym jak ważne jest świadome i tworzenie tego stylu jest bardzo istotne jako element kursów.

Łatwiej oczywiście mają ci rodzice którzy adoptują sześciotygodniowe niemowlęta ( choć efekty są oczywiście mimo starań różne – nie da się bowiem odwrócić przecież okresu kiedy dziecko było w łonie biologicznej, mamy, która zażywała wówczas różnego rodzaju używki wpływające na rozwój płodu, niejednokrotnie występujących okołoporodowych nieprawidłowości czy oderwania dziecka od matki zaraz po porodzie ( konieczność przebywania ze względów zdrowotnych w inkubatorze itp.) niż dzieci kilkuletnie z utrwalonym już stylem przywiązania innym niż bezpieczny.

Niemniej jednak warto uzmysłowić sobie, że nie ma co się poddawać, robiąc to, co tylko możliwe, aby styl ten zmienić choć w pewnym stopniu na bardziej prawidłowy, choćby przez redukowanie na różne sposoby napięć w ciele ( masaże, terapia itp.).

Drugi styl to styl lękowo-ambiwalentny.

Tworzy się gdy brak opiekunowi uważnosci czy zasobów na spełnienie potrzeb dziecka.

Kiedy nie są one ja czas i na bieżąco a czasem niemal wcale zaspokajane.

Dziecko nie dostaje wtedy poczucia bezpieczeństwa ani bliskości, zaczyna więc czuć się niepewnie emocjonalnie.

Nie dostaje też wtedy na ogół dobrego dotyku.

Dzieje się tak w rodzinach dysfunkcyjnych, w których występują uzależnienia, choroby psychiczne czy inne rodzaje niestabilnosci.

Jednego dnia matka bywa nawet opiekuńcza i wspierająca, ale już następnego – znika – wyjeżdża, choruje, pogrąża się w uzależnieniu – w dziecku pojawia się więc niepewność jutra i brak mu poczucia stabilności.

Osoby reprezentujące ten styl są pewne że inni czują opór by się do nich zbliżyć.

Często nadmiernie się martwią czy są na pewno kochani i na ile trwałe są ich związki.

Boją się rozłąki, porzucenia, poczucia samotności, czują dyskomfort myśląc, że nie zasługują, by czuć szczęście w relacji z drugim człowiekiem.

Chciałyby z jednej strony z nim zespolenia, z drugiej obawiając się, że dążąc do tego odstraszą partnera albo że staną się dla niego ciężarem.

Czasem osoby te wchodzą też w stan skrajnej, obsesyjnej namiętności, zakochują się w swoich 'obiektach pożądania’ od pierwszego wejrzenia, wpadają w emocjonalne huśtawki.

Są czasem zazdrosne albo czują się niedocenione.

Nieraz są hojne, czasem wręcz nadmiernie zabiegają o wybrane osoby, wciąż na nich skupione.

Są nieszczęśliwe, kiedy się wokół nich wyludnia.

Ich zaborczość niejednokrotnie albo dystansuje partnera, albo powoduje porzucenie przez niego, albo wejście w tzw.’taniec oddalająco-przybliżajający’.

Styl też zwany jest też czasem falą ( pierwszy raz terminu tego użył klinicysta Stan Takin ).

Kolejny styl to styl zwany przez Tatkina wyspą – jest to styl lękowo-unikający.

Powstaje on w przypadku gdy dziecko czuje się odrzucone przez matkę.

Może dziać się tak na skutek jej niezgody na bycie matką ( spowodowanej różnymi przyczynami jak zbyt młody wiek, niewydolność psychiczna itp.).

Dziecko po różnych nieudanych próbach nawiązania z mamą kontaktu wycofuje się i przestawia na próby samodzielnego radzenia sobie z potrzebami i trudnościami.

Osoby które wykształciły ten styl mają tendencje do tego, by tłumić swoje emocje, chroniąc się przed zranieniem i zależnością od drugiego człowieka.

Bliskość drugiego krępuje taką osobę, która w sytuacjach zbliżania czuje narastające napięcie ( a w skrajnym przypadku panikę ). W rezultacie osoby te często unikają intymności, co może rodzić frustrację czy nudę. Mają problem z zaufaniem.

Wydaje im się że nie potrzebują więzi. Dystansowanie się to ich strategia przetrwania.

Skutkuje to albo popadnięciem w pracoholizm albo w częste przeskakiwanie z jednego związku w drugi. Starają się polegać przede wszystkim na samych sobie, na ogół potrafią też o siebie dobrze zadbać. Bywają przy odpowiedniej dozie swobody twórcze i wydajne oraz niezbyt wymagające.

Bliskość to dla nich zagrożenie i pułapka. Oczywiste jest dla nich to by nie ufać drugiemu człowiekowi.

Style te opisała najpierw badaczka o nazwisku Ainsworth. Nieco później inne dwie bsdaczki – Main i Solomon – zdecydowały się dodać do nich jeszcze jeden.

Czwarty zatem i tym samym ostatni styl to styl

Zdezorganizowany

Dziecko dostaje w nim sprzeczne komunikaty.

Stoi za tym zaniedbanie ze strony dorosłego albo krzywdzenie lub manipulacja.

Dziecko w rezultacie przeżywa przede wszystkim lęk i niejasność.

W swojej późniejszej dorosłości staje się stale czujne i kontrolujące.

Jednocześnie pragnie bliskości jak i się jej obawia.

Nie rozumie tym samym często siebie i własnych uczuć, wypiera też często nawracające poczucie rozczarowania czy gniewu.

Warto wiedzieć, że posiadając styl inny niż bezpieczny człowiek naraża się na depresję, zaburzenia lękowe, może łatwo się popaść w nałogi czy też wejść lub stworzyć w toksyczną relację.

Dlatego też szczególnie w przypadku starszych adoptowanych dzieci opiekunowie powinni dołożyć wszelkich starań by wesprzeć dziecko w przetransformowaniu występującego u niego stylu w jak najbardziej bezpieczny.

– Adopcja w literaturze

Nieraz zadajemy sobie pytania jak wyglądało życie adoptowanego dziecka i jego rodziców zanim doszło do adopcji, ale też jak wyglądała droga późniejszych adopcyjnych rodziców która ich do adopcji doprowadziła.

Dostępna w języku polskim literatura na ten temat pokazuje tak samo zjawisko adopcji jak i powiązane z nim kwestie z bardzo różnych punktów widzenia.

’Wieża z klocków’

( O adopcji z punktu widzenia dwulatka i jego adopcyjnych rodziców )

’Jeż’

( Historia odnajdowania się w nowym domu małego chłopca, który wcześniej mieszkał z domu dziecka )

Autor:

K.Kotowska

Wydawnictwo Media Rodzina

’Odczarować adopcję.

Poradnik rodzica dla rodziców.’

Autor: M.Modlibowska

Wydawnictwo CoJaNaTo

( książka zestawiająca perspektywę rodzica adopcyjnego, który staje się po pewnym czasie także – dla kolejnego dziecka – rodzicem biologicznym ).

’Adopcja i przywiazanie.

Praktyczny poradnik dla rodziców.’

Autor: D.Gray

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Publikacja podkreślająca zasadność wzmacniania mocnych stron dziecka i pokazująca że szczęście i poczucie spełnienia w rodzinie jest możliwe przy odpowiednim, pełnym szacunku i mądrej miłości wzajemnym podejsciu wszystkich jej członków.

’Zaburzenia przywiązania u dzieci i młodzieży.

Poradnik dla terapeutów, opiekunów i pedagogów’.

Autor:

CH.Taylor

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Autor, bazując na wieloletniej praktyce, oprócz teoretycznego zapoznania czytelnika z tytułowym tematem podaje też przykłady ze swojej własnej praktyki.

’Zranione dzieci, uzdrawiające domy.

Wychowanie dzieci dotkniętych traumą w rodzinach adopcyjnych i zastępczych’.

Autorzy:

J.E.Schooler, B.K.Smalley, T.J.Calahan

Wydawnictwo MRaciniewski Services

Książka ta ma na celu odpowiedzenie adopcyjnym i zastępczym rodzicom na takie pytania jak – dlaczego nasze dziecko nie odwzajemnia naszej miłości; czy czegoś nie rozumiemy, czy czy coś robimy źle?

’Wychowanie zranionego dziecka.

Pomoc rodzinom adopcyjnym w zdrowieniu i rozwoju’.

Autorzy:

G.Keck, R.Kupecky

Wydawnictwo MRaciniewski Services

Książka przetłumaczona na polski i wydana w naszym kraju przez rodziny adopcyjne które najpierw docenily jej anglojęzyczną wersję do tego stopnia że uznały że dobrze by było by wsparła ona także wyłącznie polskojęzycznych zainteresowanych tym tematem czytelników.

– spotkanie na temat prawidłowego masowania swojego adopcyjnego dziecka, szczególnie polecaną w przypadku pracy z dziećmi adoptowanymi

– masaż metodą Shantala

Spotkanie to było tak w punktu widzenia klubowych rodzin adopcyjnych i zastępczych’ interesujące, że po pewnym czasie na prośbę klubowiczów zostało – podobnie jak wcześniej w przypadku spotkania o różnych stylach przywiazania – powtórzone.

Przybyly na spotkanie masażysta opisał najpierw, skąd wywodzi się ten masaż.

Otóż okazało się, że wywodzi się on ze starożytnych Indii.

Do Europy sprowadził go francuski położnik, pisarz i fotograf Frederique Leboyer.

W trakcie swojej podróży po Kalkucie poznał on kobietę o imieniu Shantala.

Kobieta te siedząc na ulicy wykonywała masaż swojemu niemowlęciu.

Francuz dowiedział się, że masaż taki wykonują Hindusi swoim dzieciom począwszy od ich drugiego miesiąca życia.

Masaż ten powoduje powstanie większej emocjonalnej więzi między opiekunem a dzieckiem i poprawia mu sen.

Dzieci są dzięki niemu pogodniejsze, spokojniejsze, mniej się też stresują.

Poprawia się im metabolizm i znikają kołki.

Masaż ten poprawia też funkcjonowanie układow krążenia, hormonalnego i odpornościowego oraz stan skóry dziecka.

Masaż ten wykonuje się co najmniej pół godziny po posiłku z użyciem olejku do masażu.

Wystarczy go wykonywać raz dziennie przez pięć minut, aby wkrótce zobaczyć znaczące pozytywne efekty.

Aby wykonać ten masaż najpierw należy w ciepłym pomieszczeniu położyć dziecko na plecach.

Masowanie zaczyna się od klatki piersiowej kierując dłonie przez żebra w kierunku piersi i ramion.

Po głaskaniu delikatnie rozcieramy kolistymi ruchami skórę dziecka.

Można ją masować tak jak opiekunowi jest najwygodniej – albo całymi dłońmi albo kciukami albo opuszkami palców.

Po wymasowaniu klatki przekręcamy dziecko na bok i zaczynamy masować jego ramiona aż do przegubów.

Obiema dłońmi naciągamy delikatnie skórę dziecka w przeciwnych kierunkach, potem powtarzając to z drugą ręką dziecka.

Potem przekładamy dziecko znowu na plecy i masujemy okrężnymi ruchami, czasem lekko uciskając brzuch dziecka od żeber do pachwin.

Po wymasowaniu tej części dłońmi powtarzamy masaż ale przedramionami, kierując się ku podbrzuszu.

Unosząc następnie jedną nóżkę dziecka masujemy ją od uda do stopy które masujemy palcami lub kciukiem.

Potem masujemy w ten sam sposób drugą nogę dziecka.

Zaczynamy masować plecy.

Dziecko może leżeć wtedy na kocu na dywanie, na łóżku lub na naszych kolanach.

Głaszcząc plecy dziecka naprzemiennie wcieramy dłońmi w jego skórę olejek.

Kierujemy się od karku przez plecy i pośladki ku udom po czym wracamy dalej masując ku górze.

Na koniec masujemy twarz dziecka kierując się od czoła przez brwi powieki nie i usta ku podbródkowi.

Gra w scrabble w klubie adopcyjnym

Planszówki to dobry pomysł na spędzany w adopcyjnych, i nie tylko adopcyjnych, rodzinach, czas.

Scrabble to gra międzypokoleniowa, możemy więc oprócz dzieci zaprosić także i dziadków.

Nieraz graliśmy w nią w klubie dlatego też warto poświęcić jej tu kilka słów.

Najpierw jednak parę słów o jej powstaniu ( przedstawionych też klubowiczom, którym tak się spodobała że warto po nią sięgnąć jeszcze raz i tu jako przykład że warto wierzyć w marzenia i działać zespołowo, także w ramach rodzin ).

Zaczęło się to wszystko jednak od książki…, a konkretnie od pewnego opowiadania, na

które niecałe sto lat temu, w latach 30. w czasie tzw. Wielkiego Kryzysu natknął się bezrobotny wówczas architekt Alfred Butts.

I to właśnie w czasie lektury 'Złotego Żuka’ napisanego przez Edgara Allana Poe ( mówiło o poszukiwaniach pewnego ukrytego skarbu ) Alfred wpadł na pomysł stworzenia pierwszej gry późniejszych scrabble, która początkowo zostały przez niego nazwane Criss Cross ( a jakiś czas potem zmienił nazwę wymyślonej przez siebie gry na Lexiko ).

Minęło kilkanaście lat.

Alfred z rodziną próbował przez ten czas zainteresować swoim wynalazkiem różnych znajomych oraz lokalnych przedsiębiorców, ale mimo że nie przynosiło to skutku, nie tracił jednak nadziei.

I właśnie wtedy Alfred poznał wysokiej rangi urzędnika państwowego Jamesa Brunota i jego żonę.

Opowiedział im o swojej grze.

James bardzo się nią zainteresował.

Zagrali więc w Lexiko po czym postanowili zmienić nazwę gry Alfreda na scrabble i połączyć siły w skutecznym wylansowaniu gry.

Okazał się to właśnie wtedy strzał w dziesiątkę.

Mężczyźni zainwestowali w kilkaset kompletów które niczym na pniu sprzedały się w miejscowym supermarkecie, po czym zainteresowały się nimi kolejne sklepy.

Zrobiła się wśród amerykańskich rodzin moda na scrabble, która po paru latach ogarnęła cały świat a szczególnie Hiszpanię, Francję i Wielką Brytanię i która z czasem dotarła też do Polski.

Obecnie mamy na terenie całego kraju kilkadziesiąt klubow scrabble i ogolnokrajowe turnieje, odbywające się od lat 90.

W scrabble gramy całymi rodzinami w różnych konfiguracjach – np.jeden na jeden, albo dwa na dwa ( rodzice na dzieci albo dziewczyny – mama i córka na chłopaków – ojca i syna).

Dzięki scrabblom integrujemy się z dziećmi i ćwiczymy dobrą komunikację, poszerzając słownictwo.

Czasem gramy z nagrodami np. wygrana drużyna otrzymuje ulubione słodycze.

Inną planszowka, która jest lubiana przez klubowe rodziny to gra Dixit.

Klubowicze – kolekcjonerzy

Spotkania o kolekcjach okazało się kolejnym klubowym sukcesem.

Miejmy nadzieję że staną się teraz inspiracją także dla czytelników tej publikacji oraz Waszych podopiecznych.

Pocztówki

Najpierw jednak okazało się, że kilkoro rodziców i dzieci zaangażowanych jest w tzw. postcrossing, w ramach którego kolekcjonują pocztówki z całego świata.

Zobaczyliśmy przy tej okazji kilkadziesiąt takich pocztówek.

Dowiedzieliśmy się też przy tej okazji, że postcrossing to międzynarodowy projekt, w ramach którego wysyła się i otrzymuje pocztówki od innych użytkowników.

Pomysł pochodzi z 2005 roku kiedy to portugalski student Paulo Magalhaes wymyślił ten projekt, po czym wysłał swoją pierwszą pocztówkę, by otrzymać za nią inną.

Zasada jest więc taka

– 'pocztówka za pocztówkę’.

Adresaci są w tym systemie wybierani losowo, ale najpierw, by wejść w ten system trzeba się zarejestrować podając swoje imię, adres, kraj i języki, którymi się mówi i umie pisać.

Powiązane z postcrossingiem jest też kolekcjonowanie znaczków tak więc nie zdziwiło nas przyniesienie oprócz pudel z pocztówkami także klaserów z pozyskanymi przy tej okazji pocztowymi znaczkami.

Plastikowe zwierzątka

Jak się okazało, nasi kolekcjonerzy bazują na zwierzątkach produkowanych przez tradycyjną, dostępną w Empikach i Smykach kolekcję firmy schleich.

Dowiedzieliśmy się od wkręconej w zwierzęcą kolekcję rodziny, że wszystko co schleichowe, zaczęło się od 'dziecka w ciele dorosłego’ czyli Friedricha Schleicha, który swoje marzenie o estetycznych ładnych miniaturkach wcielił w życie w 1935 rejestrując swoją działalność.

Zaczęło się od miniaturek ludzi będących przedstawicielami różnych zawodów w 1950, a dziesięć lat później świat ujrzała jego kolekcja smerfów.

Zwierzątka w postaci mieszkańców dżungli zaczęły podbijać świat począwszy od 1990 roku.

Obecnie oprócz figurek dostępne też są dopasowane do nich akcesoria jak domki czy drzewa czy mebelki.

Puzzle

Kolejną imponującą rodzinną kolekcją okazały się puzzle.

Wymyślone zostały w 1763 roku przez londyńskiego grawera i kartografa Johna Spilsburego

Zgodnie z zasadą potrzeba – matką wynalazku – chcąc ułatwić znajomym uczniom naukę geografii – porozcinal mapy wzdłuż granic państw po czym polecił im je dopasować składając.

Nasi kolekcjonerzy mają w swoich kolekcjach puzzle składające się nie tylko z kilkudziesięciu ale i z 500, 1000, 1500, a nawet 2000 elementów.

Oprócz płaskich także trójwymiarowe i kuliste.

Cześć ułożonych puzzli zobaczyliśmy też w postaci zdjęć powieszonych w rodzinnych mieszkaniach na ścianach pod szybką składanych i przyklejonych do kartonu puzzlowych obrazów.

Zapachowe świece czyli dobra pora na pięknie pachnące klubowe spotkanie

Jak się okazało także aromaterapeutyczne świece mają w swoich kolekcjach klubowe rodziny…

Okazuje się przy tej okazji że także i one mają swoją długą historię, gdyż pierwsze wzmianki o nich pochodzą z 3000 roku przed naszą erą ze starożytnego Egiptu gdzie jego mieszkańcy wytwarzali świece z sitowia ( tzw.ruslights ).

Świece, podobne do naszych współczesnych pochodzą z kolei z Rzymu.

Rzymianie rolki papirusu owijali wokół sznurka po czym zanurzali wielokrotnie w łoku wołowym lub baranim.

W czasach wczesnego chrześcijaństwa zaczęto wytwarzać w Europie pierwsze świece z wosku pszczelego.

Były to pierwsze ładnie pachnące świece, które prócz światła przynoszą też korzystny dla zdrowia i samopoczucia zapach zwany aromaterapeutycznym.

Nasze znajome kolekcjonujace aromaterapeutyczne świece rodziny przyniosły świece tworzone z dodatkiem piasku, muszli, kawy i płatków kwiatów pięknie pachnące pomarańczą, cynamonem, różą, jaśminem, konwalią, świerkiem i lawendą.

Zobaczyliśmy też świece w słoikach i do masażu i posłuchaliśmy o pomysłach i sposobach na samodzielne wychowanie ich w domu.

Klubowe spotkanie poświęcone herbacianym zwyczajom w Polsce i za granicą

Spotkanie to okazało się niespodzianką gdyż wyszło na to, że nasze herbaciane zwyczaje niejednokrotnie znacznie się różnią.

Okazało się, że części naszych domów pija się tradycyjną czarną herbatę, czasem w przypadku dzieci wzbogaconą mlekiem czyli w postaci bawarki.

Część pijących czarną herbatę rodzin słodzi ją – inne nie.

Coraz więcej opiekunów stawia na herbaty owocowe albo ziołowe.

Dzieci z rodzin pijących głównie herbaty ziołowe i owocowe wymieniły swoje ulubione smaki tych herbat jak truskawka czy jabłko, a z ziół – rumianek czy mięta.

Dzieci dowiedziały się, że w Europie najwięcej herbaty wypijają rocznie Anglicy, Irlandczycy i my – Polacy.

Następnie rozmawialiśmy o zwyczajach zza wschodniej granicy picia herbaty z samowara i słodzenia jej konfiturami.

Część dzieci zdziwiła się że kubek jako naczynie do herbaty nie zawsze był tak popularny jak teraz.

Dowiedziały się, że kiedyś powszechniej pilo się w naszym kraju herbatę ze szklanek, często z dodatkiem metalowego koszyczka.

Porozmawialiśmy o herbatach w torebkach i ze smyczą i liściastych.

Przy tej okazji wyszło na jaw że jedna z rodzin kolekcjonuje herbaciane puszki.

Następnie dzieci i ich opiekunowie uczestniczyły w chińskiej ceremonii herbacianej.

Najpierw, zgodnie z miejscowym zwyczajem, spróbowały listków herbaty na sucho, rozgryzając po jednym, co wzbudziło w dzieciach dużo emocji.

Potem dzieci dowiedziały się jak parzyć zieloną herbatę i dlaczego się jej nie słodzi.

Zdziwiły się, że nie należy zaparzać jej wrzątkiem, aby nie straciła swoich prozdrowotnych właściwości. Dzieci zdziwiły się, że chiński zestaw do parzenia herbaty przypomina swoją wielkością zastawę dla lalek. Dowiedziały się przy tym, że ideą zarówno spożywania posiłków jak picia herbaty jest w Azji stałe dzielenie się pokarmem i napitkiem i dlatego posiłki podaje się w restauracjach i domach na specjalnej ruchomej tacy na środku stołów ( w ilości o jeden więcej niż biesiadników ) i spożywa z położonych na talerzykach miseczek pałeczkami w dokładanych sobie za każdym razem małych ilościach, a herbatę pije się opróżniając niewielką czarkę dwoma – trzema łyczkami, by następnie, przez kolejną godzinę czy dwie, kontynuować tę formę picia tego właśnie aromatycznego goracego napoju w glinianych naczyniach przypominających duże naparstki. Dzieci posłuchały też o idei niespiesznych herbacianych spotkań, które są ważnym elementem kultury wieku azjatyckich krajów i które na ogół odbywają się w Azji w weekendy i towarzyszą rodzinie lub przyjaciołom w na przykład w graniu w jakąś ulubioną grę w domu lub plenerze ( i odbywających niezależnie od spotkań w eleganckich herbaciarniach, gdzie tylko degustuje się herbaty, ale w przeciwieństwie do herbaciarni parkowych, gdzie gra w różne gry jest już jak najbardziej praktykowana ).

Ja końcu herbacianego spotkania chętne dzieci uczyły się parzenia herbaty wulong chińską metodą gongfucha.

Podsumowanie

To tylko opisy wybranych klubowych spotkań.

Klub spotykał się co najmniej raz na miesiąc ( a czasem częściej, bo dochodziły do tego wspólne wyjścia na koncerty, do zoo czy do teatru i coroczny Wielki Piknik w plenerze ) przez kilka lat dopóki klubowe dzieci nie pokończyły przedszkoli nie poszły do starszych klas swoich podstawowych szkół, pełniąc rolę integracyjną i poznawczą, poszerzając dziecięce horyzonty i dając dobrą okazję do zabawy przy nauce.